gramy  

A jednak…
Home  /  Opowiadania   /   A jednak…

“A, jednak…" to mój debiut (około 1996). W momencie jego powstania byłem świeżo po “Trylogii" Tolkiena, jednak to świat science fiction mnie wciągnął. Opowiadanko to powstało pod wpływem chwili, jak każde z krótkiej formy, w czasie jednej nocy. Pisałem je w pośpiechu aby zdążyć z nim na konkurs, w którym, to właśnie opowiadanie zajęło drugie miejsce. Opowiadanie to stało się prologiem dla dwóch kolejnych ( i jeszcze kilku).

-Jak myślisz Pierwszy, zgubiliśmy ich?
-Myślę, że tak, Komandorze.
-Obyś się nie mylił. Sprawdzę uszkodzenia, wyznacz kurs na najbliższą
planetę.
-Ok, sir.
Komandor i Pierwszy stanowili dwuosobową załogę statku towarowego typu
drugiego, oczywiście nieco go zmodyfikowali, rzadko zwracali się do siebie
po imieniu, gdyż
silnych stanów emocjonalnych nie przeżywali wiele. Komandor pochodził z
planety Wyspa, nie wiedział kiedy skolonizowanej przez jego gatunek.
Pierwszego zwerbował
w bazie przeładunkowej układu OBPCD, nigdy nie zapamiętał znaczenia tego
skrótu. Aktualnie uciekał przed celnikami z planety, której nazwa nie była
dla niego ważna,
była w komputerze, więc nie zapamiętał jej.
-Komandorze! Zbliżamy się.
-Idę.
-Jest problem… właśnie wysiadł komputer nawigacyjny i nie bardzo wiem,
gdzie jesteśmy, a w dodatku tu nie ma doków, nie ma nawet stacji orbitalnej.
-Jak to ?!
-Myślę, że komputer znów źle wyliczył współrzędne i przy ostatnim skoku
wyrzuciło nas daleko od szlaku.
-No to super.
-Czy mamy poważne uszkodzenia?
-Trudno żeby tak nie było. Tylne działko odstrzelone, a prawe i górne
uszkodzone, reaktor napędu grawitacyjnego też uszkodzony.
-Jeśli dobrze rozumuję, to po wylądowaniu możemy już nie wystartować?
-Twoja dedukcja mnie zadziwia, a jak masz zamiar naprawić ten złom, może na
orbicie, co? Koniec marudzenia, ląduj gdziekolwiek. Idę coś zjeść.
Ci dwaj już od dawna byli poszukiwani przez prawo i tych spoza prawa.
Komandor był dobrym pilotem, a pierwszy dobrym strzelcem i przez to nabawili
się problemów.
Piractwo w owych czasach to był świetny interes, a skoro rozwalali każdego
mającego chętkę na ich ładunek, wrogów przybywało i to przez duże W. Na
razie zapomnieli
o pościgu, musieli naprawić uszkodzenia.
Powietrze przeszył dźwięk krótkiego spięcia.
-Pierwszy ?!
-Tak?
-Co to było?
-To tylko ja Komandorze.
-Ale coś ty tam zmajstrował?
-No jakby to powiedzieć… prawe już na złom. -Ostatniego słowa prawie już
nie było słychać.
-Kto cię uczył napraw sprzętu?!
-Ty- Odpowiedział Pierwszy szeptem, ale Komandor usłyszał to i tylko się
uśmiechnął.
-Trudno, będziemy musieli wytrzymać na trzech.
Pościg był już blisko. Celnicy chcieli ich dopaść swoją drogą , a piraci
swoją. Ci pierwsi chcieli go żywego - trup nie zapłaci zaległych ceł,
zwłaszcza, gdy jego ciało jest
rozrzucone po całej galaktyce. Piraci szukali jedynie zemsty, zaś ci dwaj
nie mieli zamiaru spotkać wyżej wymienionych.
-Hej! Pierwszy! Choć mi pomóż.
-Co znów ręka?- Śmiech Pierwszego dotarł do uszu Komandora.
-Nie nabijaj się, tylko ją odblokuj.
-Dobra, dobra, ale nie chcę z tobą lecieć, jeśli ma ci się zaciąć wśród
gwiazd.
-Nie gadaj tyle, bo cię wywalę z branży!
-I tak zalegasz mi z wypłatą.
-Ja?! Z jaką wypłatą?!
Podczas długich przelotów czy przerw spowodowanych ukrywaniem się przed
pościgiem kłótnia była ich jedyną rozrywką.
To zadziwiające, że tak długo trzymali się w branży. Co się tyczy Komandora
to miał mechaniczną rękę, a na dokładkę platynową płytkę w czaszce. Ręki i
kawałka
czachy pozbył się podczas pierwszego i ostatniego wypadu na NOD-23, gdyby
nie Pierwszy, nie grzebałby na tej zapadłej planecie w górnym działku. Od
tamtej pory, gdy
tylko usłyszał gdzieś mowę Nodów, wpadał we wściekłość, ale Pierwszy zawsze
szybko go uspokajał. Gdy już się uspokoił , mawiał:" Tam nie znają się na
interesach, o
nie." Po czym zamawiał duże piwo, nigdy nie mógł zapamiętać, skąd pochodzi
ten napój, ale cena świadczyła, że z daleka, ale to było nieważne. Żył.
-Komandorze! Kłopoty.
-Co? Już?
-Tak, i to z dwóch kierunków. Z jednej myśliwce a z drugiej ścigacze.
-Którzy będą pierwsi?
-Ścigacze mścicieli.
-Niewesoło. Dwóch na jednego to jeszcze, jeszcze, ale teraz…No dobra.
Załaduj narzędzia i zablokuj główny luk, nie chcę zgubić towaru. Tylko
przełączę sterowanie
lewym na mój kokpit i spadamy. Zainstaluj się w dolnym.
-A co z górnym?
-Nie ma czasu na naprawę, myślałem, że nie będą aż tak gorliwi.
-A jak osłony?
-Lepiej nie pytaj.
-Wolę wiedzieć, jak długo będę w jednym kawałku.
-90% przednia, 70% górna, 75% tylna, dolna 50%, a boczne po 55%.
-E, nie tak źle jak na trzecią warstwę.
-Na pierwszą!
-O ku…
-Nie nawijaj tyle. Pakuj sprzęt i spadamy. Musimy zdążyć.
Rzeczywiście czasu było niewiele. Pościg zbliżał się. Jeszcze nigdy nie
ścigał ich tak silny przeciwnik. Nerwy na pewno im nie pomogą.
-Pośpieszcie się, musimy mieć go żywego- Wrzeszczał dowódca eskadry 15
myśliwców Federacji.
-Nie da rady, sir. Właśnie wykryliśmy 10 ścigaczy, będą tam pół godziny
przed nami.
-Myśliwce pół godziny za nami.
-W porządku Walker. Zdążymy.
-No i startujemy. Pierwszy, wpisz dane dla turbo napędu. Może uda nam się
wymknąć.
Ten ich statek typu drugiego to był nieco przestarzały model, aby uruchomić
turbo potrzebował półminutowego lotu po lini prostej. Ścigacze były w
odległości niecałej
minuty.
-Teraz!- Wrzasnął Komandor, ale jedynym rezultatem komendy był spadek
napięcia w kabinie.- A niech to szlag!! Dlaczego mi to zrobił? Pierwszy na
stanowisko! Nie
udało się! Uruchom system antyprzeciążeniowy w mojej kabinie.
-W porządku, działa.
-No to czekamy.
-Rozwalcie go! Bez odbioru…-Po czym dodał- To był twój ostatni lot
komandorze Blindman.- Powiedział z radością, ale nikt tego nie słyszał.
Eskadra szykowała się do ataku.
-Za pięć sekund kontakt.
-Gotów?
-Gotów.
Wyszło dziesięć ścigaczy. Zapanował chaos. Rozpoczęła się walka o
przetrwanie. Widoczne były jedynie serie błysków, wybuchów i szybko
przelatujące torpedy. Po
dwudziestu minutowej walce było już tylko dwóch walczących…
-Pierwszy przerzuć całą moc naprzód! Siedzimy mu na ogonie!
W chwilę później dał się widzieć błysk i ścigacz rozprysł się we wszystkie
możliwe strony.
-Pierwszy! Słyszysz! Udało się, udało…
-Uważaj na trz…
Na trzeciej pojawił się jeszcze jeden ścigacz. Wypalił z czterech dział
naraz, wypalając przy tym kilka torped. Komandor wykonał mały zwrot, dwa
strzały trafiły, odpalił
kontr torpedy Ten cwaniak miał duży arsenał. Potężny wybuch targnął
frachtowcem.
Potem była już tylko cisza i jeden dryfujący statek.
-Do wszystkich maszyn! Wstrzymać pościg, zawracamy.
-Sir? -zdziwiony głos dotarł do dowódcy od pilota siódemki.-Przecież za pół
minuty będzie w naszym zasięgu.
-Myślę, że spłacił swój dług. Wracamy.
Komandor obudził się z rozbitą głową. Pierwszego przy nim nie było. Przez
chwilę nic nie widział, nie był pewien, czy nadal jest wśród żywych. W tym
właśnie momencie
przez jego rozbitą głowę przemknęła myśl- Pierwszy!- Wstał z wielkim trudem
i obijając się o ściany dotarł do tego, co zostało z dolnej wieżyczki.
-Nieee!
Pierwszy leżał na podłodze z przestrzelonym korpusem. Pole siłowe ochroniło
statek przed zniszczeniem i wyssaniem wszystkiego w nicość. Stał tak około
pół godziny, nie
mogąc dojść do siebie.
-RCP5 ! Jak mogłeś zostawić mnie samego?- Mówił przez łzy.- Nie… tym razem
Cię nie naprawię, to nie byle przewód neuronowy. Ten, ten sku…- Znów
zapanowała
krótka cisza, nie mógł zdławić łez.- odstrzelił Ci pół korpusu.
Osunął się na podłogę i siedział tak dosyć długo.
Później wziął RCP5 na ręce, zaniósł go do jego kajuty, położył go w hamaku i
przykrył. Chwilę popatrzył na nie działającego towarzysza, wyłączył
oświetlenie i wyszedł,
zamykając właz wyszeptał ledwie słyszalnie:
-Żegnaj, RCP5, mój jedyny przyjacielu.
Poszedł do kabiny, ustawił kurs na najbliższą czarną dziurę. Uruchomił auto
pilota i usnął.
Musiał odlecieć naprawdę daleko. Jeśli nie zginął w jakiejś potyczce,
możliwe, że żyje do dziś- sam.
Długo jeszcze opowiadano o pewnym pilocie, który rozwalił dziesięć ścigaczy
w jednej walce. Celnicy z Federacji już nigdy go nie spotkali. Odleciał
daleko.
Ale, jedno jest pewne- wśród Nodów go nie znajdziecie.